Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
26 postów 1866 komentarzy

Prawda jest gwarancją wolności

Katastrofy polskich statków w II RP

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

…"SS Tczew" to statek o podwójnym życiu, który zatonął dwa razy. Pierwszy raz jako polski statek w 1938 roku, drugim razem jako niemiecki 4 grudnia 1944 roku. Był to pierwszy polski drobnicowiec …

 Oni zostali na zawsze na morzu czyli katatastrofy polskich statków w II RP

 
 
W listopadzie jak zwykle jechaliśmy na groby. Stawaliśmy nad nimi, przypominając sobie tych, których już nie ma, dumając się nad ulotnością naszego życia. Są rodziny, które straciły swoich bliskich, lecz nie mają możliwości położenia kwiatka czy zapalenia znicza. Oni są tylko w ich sercach. Do takich osób należą ci, którzy zostali na morzu — na zawsze.
 
W Baku, w 1918 roku przebywała grupa nafciarzy. Był wśród nich inżynier Stefan Rylski, właściciel małego parowca Ciatura, który przewoził przez okres pierwszej wojny światowej ropę i naftę do portów na morzu Czarnym i Śródziemnym. Gdy 12 listopada 1918 roku dotarła do inżyniera Rylskiego informacja o utworzeniu niepodległego państwa polskiego podjął decyzję o zmianie nazwy swojego statku na Polonia, a na jego rufie załopotała polska bandera.
Od 15 listopada 1918 roku Polonia zaczęła przewozić Polaków uciekających przed bolszewicką ofensywą do rumuńskich portów. Ten statek o długości 75 metrów i nośności 1500 ton zabierał jednorazowo około tysiąca ludzi. Kapitanem statku był komandor Jan Bartoszewicz. Poźniej Polonia repatriowała Polaków z Turcji i Persji. Ta akcja została przerwana przez białe rosyjskie wojsko generała Piotra Wrangla, które uciekało przed bolszewikami. Zajęli oni siłą statek i w ich służbie Polonia spłonęła niedaleko Suchumi w 1921 roku.
 
Parowiec Estella Maria należal do spółki Adolf Elmeryk –Paweł Grabowski. Na początku 1919 roku podniesiono na nim polską banderę i zmieniono nazwę statku na Mazovia. Statek pod dowodztwem kapitana Grabowskiego pływał po morzu Czarnym między rumuńskimi i tureckimi portami. W 1921 roku podczas sztormu Mazovia uległa awarii i straciła zdolność manewrowania. Statek został wyrzucony na brzeg. W tamtych czasach nie było możliwości ściągnięcia statku z mielizny i Mazovię porzucono.
 
Na Dalekim Wschodzie podjął polskę banderę statek należący do Moryca Grünblatta o nazwie Hnamet. Uległ on później zniszczeniu w Szanghaju na wskutek pożaru.

W 1920 roku powstało Towarzystwo Żeglugi Morskiej Sarmacja. Zakupiło ono w Danii mały parowiec, któremu nadano imię Kraków. W lutym 1922 roku Kraków przebijał się przez lody Skagerraku. Został w nich na kilka dni, co okazało się bardzo zgubne dla statku. Rozpierający się lód zmiażdżył statek, ktory zatonął.
Nocą 1/2 lutego statek utknął jednak w polu lodowym w Kattegacie, na wysokości szwedzkiej latarni Vinga. Płynąc za mocniejszym statkiem zdołał dopłynąć pod Nidingen, tam jednak w nocy 3/4 lutego utknął na dobre w lodzie i razem z nim zaczął dryfować na południe. Statek nie był wyposażony w radiostację, aby wezwać pomoc. 5 lutego statek w lodzie zaczął się przechylać i załoga opuściła go na dwóch łodziach. Statek zatonął 7 lutego zgnieciony przez lody w u wybrzeży Danii. 14-osobowa załoga, ciągnąc łodzie po lodzie, dotarła do odległego o 10 mil brzegu Danii w rejonie wsi Gaar. Bandera zabrana ze statku przez Zygmunta Tuleję jest w zbiorach Centralnego Muzeum Morskiego, jako najstarsza polska zachowana bandera handlowa.

Do Towarzystwa  Żeglugi Morskiej Sarmacja należał również statek Wisła. W czasie rejsu w 1926 roku napotkał na bardzo silny sztorm. Fale zmyły z pokładu dwóch marynarzy. Statek został wyrzucony na brzeg, załoga opuściła statek. Ta katastrofa byla przyczyną upadku Towarzystwa Żeglugi Morskiej Sarmacja.


 
SS Wisła 
 
W nocy z 9 na 10 października 1926, płynąc z Rotterdamu z koksem, statek wpadł w silny sztorm, który rozbił przegrody utrzymujące ładunek pokładowy. Doszło do awarii steru, po czym rano statek został wyrzucony na mieliznę koło wyspy Terschelling u wybrzeża Holandii. Utonęli drugi oficer Bolesław Dunin Marcinkiewicz i marynarz Józef Łabuń, będący pierwszymi ofiarami wśród marynarzy polskiej marynarki handlowej (imiennie odnotowanymi), uratowało się 14 marynarzy i będąca na statku żona kapitana. Izba morska orzekła w 1927, że kapitan ani załoga nie ponoszą odpowiedzialności za awarię.
 
 
 
 
Dnia 1 listopada 1927 w pobliżu Rozewia roku zatonął holownik Górnik. Holowniki morskie Górnik i Rybak wracały z Kopenhagi do Tczewa. Ciągnęły za sobą lichtugi (morskie barki) po dwie każdy. Niedaleko Rozewia burza zaczęła przypominać orkan. Lichtugi Górnika oderwały się od niego. Holownik został przedziurawiony i rzucony przez olbrzymie fale na mieliznę. Zatonął. Zginęło 3 oficerów i 6  marynarzyZginęli: kapitan Johan Pehrs z Hamburga, sternik Piotr Carstens, drugi maszynista, Arnim Moldenhauer z Gdańska, kucharz Andrzej Kajak z Lublina, palacz Alojzy Fortuna z Gniewa, palacz Józef Remiszewski z Gdańska, palacz Jan Struk z Pucka, Bernard Miłosz z Ostrowa i palacz Józef Wittbrodt z Ostrowa. Uratowała się jedna osoba z załogi – Władysław Szczęsnowicz, który był pierwszym mechanikiem. Dopłynął do do oderwanej od statku lichtugi. Zauważył ją angielski parowiec Harlem i przyholował do Gdańska.
Tak opisywał te dramtyczne chwile uratowany marynarz:
 
Woda gwałtownie zaczęła się wdzierać do pomieszczenia, a ja pospieszyłem do wyjścia, zasuwając drzwi z prawej burty, przez które wdzierała się woda. Następnie wybiegłem przez lewe drzwi i ponieważ statek był pochylony o 90 stopni, wskoczyłem na lewą, poziomą już wtedy burtę. Zatrzymałem się na chwilę, zauważywszy tylko palacza Alojzego Fortunę, któremu krzyknąłem: ratuj się, rozbieraj się!
 
 
 
 
 
Robur II w połowie listopada 1928 roku wyszedł ze szwedzkiego portu Pitea, kierując się do Polski. SS Robur II należący do Polsko Skandynawskiego Towarzystwa Transportowego w Gdyni zatonął 19 listopada 1928 w Zatoce Botnickiej wskutek wejścia na skały, bez ofiar w ludziach. Załoga w liczbie dziewiętnastu osób zdołała się uratować.
Zdjęcie statku:
http://img.audiovis.nac.gov.pl/PIC/PIC_1-G-5163.jpg (zbiory NAC, trzeba oglądać na ich stronie)
 
Warunki były dość trudne — na morzu szalał sztorm i padał gęsty śnieg. Mimo to kapitan zostawił na mostku odbywającego swój drugi rejs oficera wachtowego. Na efekt nie trzeba było czekać — w nocy 18 listopada 1928 roku na pokładzie dało się odczuć trzy silne wstrząsy. Okazało się że Robur II wszedł na licznie występujące w tym rejonie podwodne skały, które rozerwały mu poszycie. Statek zaczął powoli tonąć, a na jakąkolwiek pomoc z lądu z powodów atmosferycznych nie można było liczyć.
Opuszczenie szalup ratunkowych było równoznaczne z samobójstwem, dlatego załoga musiała czekać na poprawę pogody. Dopiero następnego dnia morze uspokoiło się na tyle, by załoga mogła opuścić pokład. Na szczęście nikt nie zginął, ale Robur II został bezpowrotnie stracony.
 
 
 
 

Statek Niemen był wzorcową konstrukcją tamtych czasów. Parowiec o długości 102 metrów, nośności 5300 ton i szybkości 10 węzłów został zbudowany w brytyjskiej stoczni Craig Taylor & Co. jako pierwszy statek armatora Żegluga Polska. Z 32-osobową załogą pływał na dalekich trasach. Jako drugi polski statek przekroczył równik, a jako statek handlowy był pierwszy. 1 października 1932 roku Niemen zatonął w duńskiej cieśninie. W czasie mgły uderzył w niego wielki fiński żaglowiec Lawhill. W ciągu ośmiu minut Niemen zatonął. Rozbitków uratował motorowiec pasażerski Kronprinsessan Margareta płynący do Ameryki Południowej. Odnalazł on szalupę kilka godzin po katastrofie i zawrócił z rozbitkami do Göteborga. 

Zatonął na wodach Kattegatu na skutek kolizji 1 października 1932 roku o godz. 3.07 w ciągu ośmiu minut po uderzeniu w lewą burtę przez fiński żaglowiec Lawhill, bez strat w załodze (kapitanem statku był nadal Leon Rusiecki, w chwili wypadku wachtę pełnił II oficer Bolesław Kucharski). Jedyną śmiertelną ofiarą tej kolizji był drugi oficer statku fińskiego, przygnieciony spadającą z fokmasztu barku reją. 
 
Tak namalował to zdarzenie legendarny malarz statków — Adam Werka.
 
 
Holownik Żubr zatonął w dniu 2 marca 1935 roku przechodząc z awanportu do basenu Południowego w porcie gdyńskim na nocny postój. W tym dniu szalał ciężki sztorm. Fala, która odbiła się od falochronu pięciokrotnie przykryła holownik, nadeszła fala z morza i holownik tego nie wytrzymał, zatonął. Śmierć poniosło czterech marynarzy i kapitan Ławcewicz.
 
 

SS Tczew to statek o podwójnym życiu, który zatonął dwa razy. Pierwszy raz jako polski statek w 1938 roku, drugim razem jako niemiecki 4 grudnia 1944 roku. Był to pierwszy polski drobnicowiec. Statek z felerem od urodzenia w postaci małej stateczności przy przewożeniu lekkich ładunków drobnicowych. Znany jest z tego, że 2 lutego 1929 roku wyszedł z Gdyni, a 16 marca 1929 dopłynął do Kilonii. Przez 6 tygodni był uwięziony w lodach. Został uratowany przez pancerniki Elsass i Schelzwig-Holstein. O statku i przetrwaniu w lodach dokładna relacja w miesięczniku Morze z 1929 roku (linki do tej relacji poniżej — strona 1 do 6). To dramtyczna historia przetrwania załogi w tak trudnym czasie.
 
 
 
 
SS Tczew uwięziony w lodzie
 
 
W dniu 5 grudnia 1938, podczas załadunku blachy w porcie w Gdańsku parowiec Tczew traci stateczność i tonie. Zginęło 2 członków załogi statku: asystent maszynowy i palacz.
 
Poniżej link do zdjęcia gdzie widać statki uwięzione w lodzie, drugi z prawej to SS Tczew.
 
Holownik Sambor zatonął w gdyńskim porcie 20 grudnia 1938 roku z nieznanych przyczyn.
 
Tak było do rozpoczęcia wojny. A później było gorzej. Wojenne straty to 75% całości polskiej floty oraz śmierć dwustu oficerów i marynarzy. Biorąc proporcjonalnie te straty były one najwyższe wśród wszystkich flot alianckich.
 
 
Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego, trzeba oglądać na ich stronie, bo nie można go opublikować bez zapłaty dziesięciu złotych za każde zdjęcie w Internecie.


Bibliografia:
Henryk Mąka – Katastrofy Polskich statków
Miesięcznik Morze
Wikipedia

 

KOMENTARZE

  • Katastrofy polskich statków
    A może coś o dwu poniemieckich okrętach otrzymanych od ZSSR w ramach reparacji powojennych. (Miało to być 2% tego co otrzymało ZSSR)
  • @Casey 18:35:06
    Słyszałam o jednym "SS Jagiełło", proszę przybliż coś o tym drugim :)))

    "Statek został zbudowany dla armatora tureckiego w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu, ale do wybuchu wojny nie został przekazany do eksploatacji. Po 1 września 1939 roku został przejęty − jako SS „Luderitzbucht” − przez niemieckiego armatora Süd Afrika Linien, a w roku 1940 przez Kriegsmarine, która wykorzystywała go jako hulk mieszkalny w Flensburgu.

    W roku 1941, w bliżej nieznanych okolicznościach, zmieniono nazwę statku na SS „Duala” i jako taki zajęty został po zakończeniu II wojny światowej w roku 1945 przez Royal Navy, która początkowo wcieliła go do swej flotylli transportowców pod nazwą „Empire Oak”, lecz w roku następnym przekazała − w ramach niemieckich reparacji wojennych − Związkowi Radzieckiemu, gdzie otrzymał nazwę SS „Piotr Wielikij” (ros. „Пётр Великий”).

    Przebudowa ponownie na statek pasażerski okazała się zbyt kosztowna, więc w 1947 roku odsprzedano go Polsce. Po rocznym remoncie w stoczni w Genui statek otrzymał imię SS „Jagiełło” i barwy GAL-u, ale nigdy nie zawitał do Gdyni. Był jedynym dużym statkiem pasażerskim ze stoczni Blohm & Voss, eksploatowanym pod polską banderą.

    Przez rok pływał − w kooperacji z włoską firmą armatorską Cosulich i z włoską w większości załogą (tylko kilku oficerów i specjalistów było Polakami) − na linii Morze Śródziemne-Ameryka Środkowa, po czym, wobec nieopłacalności przedsięwzięcia, statek wrócił ostatecznie (prawdopodobnie już nieodpłatnie) pod banderę ZSRR i do nazwy „Piotr Wielikij”.

    Był eksploatowany (podobnie jak MS „Sobieski” przechrzczony na MS „Gruzija”) jako wycieczkowiec na Morzu Czarnym (pływał przeważnie na trasie Odessa-Soczi-Batumi). W roku 1974 został oddany na złom." (za Wikipedią)
  • @leoparda 20:32:17
    Odpoczywając często w Jastarni, w latach 80-tych, mieszkałam u wdowy po szyprze, który zginął na morzu. Zmyła go nocą fala. Dom kaszubski, katolicki, trzech synów i córka. Synowie podjęli, naturalnie, pracę po ojcu na swoim kutrze. Wszyscy byliśmy zaprzyjaźnieni. Tam właśnie pierwszy raz spotkałam się z faktem, że rybak nie miał grobu. Dla jego rodziny było to dojmujące - właśnie ten brak grobu na cmentarzu.
  • @KOSSOBOR 23:51:31
    Haniu, jest to bardzo, bardzo przykre jak człowiek nie ma własnego grobu, bo cierpi z tego powodu rodzina. Czytałam, że 1 listopada rodziny, których bliscy jak ten szyper, o którym piszesz idą na plażę i tam zapalają znicze.
    Ten mój wpis jest takim ognikiem jak na moim rysunku. Ku pamięci TYCH, którzy zostali na morzu — na zawsze. Nie dotarłam do wszystkich nazwisk, bo to trudne przez Internet.
    Wcześniej pisałam, że kilkaset osób, które zatonęły w katastrofie "Titanica" miało pogrzeb i mają swoje groby na cmentarzach w Halifaxie. Armator "Titanica" firma "White Star Line" tutaj zachowała się godnie i posłała holowniki po ciała ofiar. Widać wiedziała jakie to ważne dla rodzin.
  • @leoparda 15:50:19
    Tak właśnie Twoją notkę i ilustrację odebrałam - jako znak pamięci. Szacun i dzięki, Leopciu.
  • @KOSSOBOR 21:40:45
    Bo to jest znak pamięci. Sprawy morza są obecnie zapomniane przez większość ludzi, nie licząc tych, którzy mieszkają na Wybrzeżu. Pamiętasz może, że umówiliśmy się z komentatorem Kulą Lisem, że ja coś tam napiszę o katastrofach poslich statków, al Kula Lis będzie pisał uzupełnienia w komentarzach. Zaczęłam od II RP, bo ten tekst miałam trochę rozeznany. Kto się interesuje tym tematem kupi książkę, dotrze do miesięczników "Morza". A inni? Internet jest tym cudownym medium, że większość rzeczy jest w nim za darmo i nic w nim nie ginie. Dziękuję Haniu :)))
  • 5*
    Tata całą wojnę przeżył na morzu. Był I mechanikiem, czyli w razie torpedy bez szans. Najpierw pływał w konwojach przez Atlantyk, a potem na s/sHel na Islandię.
  • @leoparda
    Dzięki, bo o tym nic nie wiedziałem. Wiadomo, że kiedyś nie było informacji na ten temat, bo cholerna sanacja.

    Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie relacja z akcji ratowania załogi z "Derkacza", chyba lata sześćdziesiąte przy brzegach Szkocji.
    Zaskoczyło mnie, że większość marynarzy nie mogła wyjść na brzeg na płyciźnie, bo wracająca sztormowa fala wywracała ich i kotłowała,
    Nie wiem co w morzu jest takiego, że pomimo strasznej siły zywiołu kochamy to ryczące bydle.
  • @sigma 19:54:54
    Dzielny człowiek z Twojego Taty. Czytałam o konwojach, to był horror. Kiedyś zastanawiałam się czy dzisiaj byliby ludzie zdolni do takiego heroizmu?
  • @tadman 22:19:32
    Jasne, że kochamy to ryczące bydlę. Pomijając kąpiele i opalanko. Gdyby tak nie było to mielibyśmy o wiele gorsze życie. Jak dotarłyby do nas choćby produkty z Ameryk, Japonii? Samoloty nie są takie tanie.
    Zawsze podziwiałam marynarzy i ich pracę. A teraz właściwie mało co się mówi o morskich sprawach.
    Zresztą wtedy, w czasach II RP nie wiem czy mówiło się wiele. W tym miesięczniku "Morze" też są krótkie wzmianki na ten temat. Może prasa codzienna poświęcała temu więcej miejsca, nie wiem. Na setną rocznicę zatonięcia "Titanica" powstała książka opisująca tę tragedię pod tytułem: "Titanic". Recepcja katastrofy w prasie polskiej (1912), autor: Krzysztof Stępniak. Może kiedyś ktoś też opracuje ten temat.
  • @leoparda 13:41:05
    Wybrałem najbardziej naturalnie wykonany kawałek pieśni "Morze, nasze morze". Miłość do morza jest tak duża, że za komuny śpiewało się ją na koloniach, zbiórkach i nikomu nie przeszkadzało, że powstała za sanacji na przełomie lat dwudziestch i trzydziestych.
    https://www.youtube.com/watch?v=7iOTBShoDmE

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

ULUBIENI AUTORZY